Wolni i Solidarni

Pomniki sowieckiej chwały należy usunąć z terenu Polski

Nie wolno gloryfikować zbrodni. Poseł Małgorzata Zwiercan uważa, że pomniki sowieckiej chwały znajdujące się na terenie Polski należy usuwać, do czego zresztą obliguje ustawa. Tłumaczenie, że sowieci nas wyzwolili jest nie tylko nieporozumieniem ale jeśli szczere, świadectwem zniewolenia umysłów, do którego skutecznie, jak się okazuje dążyli okupanci.
Świetnie obrazuje to artykuł Artura Adamskiego, publicysty, historyka, działacza Solidarności Walczącej którego zdanie Pani poseł całkowicie podziela.

Poniżej wspomniany tekst.

 POMNIKI TO TAKŻE ZNAKI PANOWANIA

Monumenty wypełniające publiczną przestrzeń budują tożsamość, wskazują postaci i fakty dla danej zbiorowości najważniejsze, formują narodowe wartości, kreują określoną wizję historii. Bardzo często – stanowią narzędzie „znakowania terenu”. W czasach niewoli w centralnych punktach Warszawy zbudowano wielkie cerkwie – Polakom obce, ale ich rolą było właśnie codzienne przypominanie, kto kraju tego jest właścicielem. Za PRL-u zabieg ten powtórzono jeszcze mocniej, w samo serce polskiej stolicy wbijając równie obcy symbol cudzego panowania, zresztą do dziś stanowiący dominantę wertykalną całego miasta. W latach ucisku carskiego stawiano w Warszawie pomniki polskich generałów wiernych imperatorom z dynastii Romanowych. W latach ucisku sowieckiego – wiernych Stalinowi. Pomniki te pełniły funkcję dydaktyczną – nauczały „tubylczą ludność”, co jest dobre a co złe.  Nigdy nie jest obojętne, jaka postać stoi na cokole. Między innymi na skutek tego, kogo postawiono na cokołach – dla wielu Polaków w czasach zaborów, jak i dla Polaków z lat PRL-u postaciami bliskimi sercu stały się kanalie.

TO, KTO STOI NA COKOLE ZNACZY TEŻ, CZY JESTEŚMY U SIEBIE

Nieprzypadkowo za zachodnią granicą roi się od pomników Bismarcka, różnych Fryderyków i Wilhelmów a tuż za wschodnią – zaczynają się krainy „oznakowane” posągami Bandery czy Lenina. Na terytoriach Niemiec, Ukrainy, Białorusi czy Rosji miejsca polskiej martyrologii, chwały naszego oręża a często też blisko związane z polską kulturą – spotykamy niemal na każdym kroku. Częstokroć jednak, by na terenie niemieckiego obozu umieścić choćby tablicę, upamiętniającą polskie jego ofiary, zmagać się trzeba z przeszkodami, pracowicie piętrzonymi przez niemieckie władze. Austriacy, w latach wojny nie lepsi od Niemców, najpierw spreparowali swą historię tak skutecznie, że od lat z przekonaniem stawiają siebie w rzędzie ofiar a własne obozy zagłady wymazują nie tylko z ludzkiej pamięci, ale i z topografii. Mało który naród ma w swoich dziejach odwiedziny postaci takiej, jak Sobieski, który wraz ze swą armią przyszedł, uratował wszystkich przed zagładą po czym, wraz z tymi towarzyszami broni, którzy w ratowaniu takich np. Austriaków nie oddali życia, wrócił do domu. Porównajmy sobie skalę wdzięczności, należnej Polsce od Austriaków i zestawmy ją z tą wdzięcznością, jaką Polacy winni są Armii Czerwonej. I spróbujmy poszukać w Wiedniu śladów tej wdzięczności. Coś tam znajdziemy. Ale to zajęcie dla wytrwałych. W miastach Europy, ofiarnie bronionych lub wyzwalanych przez Polaków, rzadko jest lepiej. To nasz naród wyróżnia się dziwną skłonnością wyrażania wdzięczności za nawet najbardziej wątpliwe cudze zasługi, przy równoczesnym lekceważeniu dokonań własnych przodków. Dawna prawda, że „Polacy wdzięczność wykuwają w granicie a własną pamięć  utrwalają jedynie palcem na piasku” – nadal jest aktualna. Pozwoliliśmy już, by na polskiej ziemi stanęły pomniki żołnierzy wrogich Polsce armii, inicjatorowi chemicznej masakry pod Ipres czy ludobójczej UPA. Większość zaakceptowała nazwę Hala Stulecia (dobrze, że nie „Jahrhunderthalle). Czyli – zaakceptowała rolę wertykalnej dominanty Wrocławia jako pomnika pruskiego zwycięstwa. Triumfu likwidatorów państwa polskiego nie tylko nad Napoleonem, ale (a to powinno nas tu interesować przede wszystkim) nad walczącymi o wolność Polakami.

„BARDZIEJ PAPIESCY OD SAMEGO PAPIEŻA”

Piewcy chwały Armii Czerwonej zdają się nie wiedzieć, że cmentarzy jej żołnierzy jest u nas więcej, niż w samej Rosji. Niezliczone kości sołdatów do dziś spoczywają tam tuż pod ściółkami lasów, lub pod łanami zbóż. W Polsce każdy, nawet najbardziej obcy cmentarz, jest świętością. Także pod Lenino, gdzie w 1943 roku zginęło ponad tysiąc Polaków, do niedawna nie było cmentarza. Po przełamaniu frontu, zgodnie z sowiecka praktyką, ciała poległych zagrzebano w niepotrzebnych już wtedy, strzeleckich transzejach i w pociskowych wyrwach. Większość zwłok nadal spoczywa pod powierzchnią kołchozowego pola. W obronie Francji w roku 1940 wykrwawiły się dwie polskie dywizje, stawiające Niemcom opór twardszy od Francuzów, których odwrót zresztą osłaniały. W Paryżu stoi pomnik ku czci poległych Polaków. Kiedyś udało mi się go nawet odszukać. Nie bez trudu, gdyż z jednej strony zasłaniał go kiosk a z drugiej budka transformatorowa.
Jest poza wszelką dyskusją, że historia Polski to opowieść bardziej szlachetna od dziejów Rosji czy Francji a normy przyzwoitości nad Wisłą zwykle miały wyższą próbę od standardów praktykowanych nad Sekwaną, o postawach mieszkańców krajów niemieckojęzycznych nawet nie wspominając. Bądźmy też jednak przyzwoici w stosunku do własnych bohaterów. Oni, bez żadnych korzyści dla siebie, krwawili w imię wolności krajów, w których pamięta o tym dzisiaj pies z kulawą nogą. Zestawianie ich ofiary z chwałą Armii Czerwonej jest działaniem nikczemnym. W ciągu jednej ćwierci wieku armia ta nawiedziła nasz kraj trzykrotnie. Dwa razy – z jednoznacznym zamiarem zagłady naszego państwa, wprowadzając terror i masowy mord. W 1944 też pojawiła się u nas nie w charakterze szlachetnego wyzwoliciela, lecz w wyniku konfliktu ze swoim własnym sojusznikiem, z którym ledwie parę lat wcześniej, w sposób najpodlejszy ojczyznę naszą rozszarpała na strzępy, na jej gruzach urządzając Polakom piekło na ziemi. Nie przeczę, że owocem sowieckiego zwycięstwa był dla milionów ratunek przed śmiercią z rąk oprawców niemieckich. Pamiętać też jednak trzeba, że za owe wyzwolenie zapłaciliśmy połową terytorium oraz trwającą bez mała pół wieku sowietyzacją, gospodarczą eksploatacją i brakiem niepodległości. Każdemu poległemu radzieckiemu żołnierzowi na wieki wieków należy się spokojne miejsce na polskim cmentarzu. Można się też czasem zgodzić na monument, upamiętniający ofiarę zwykłego żołnierza. Mowy być natomiast nie powinno o istnieniu w polskiej przestrzeni publicznej jakichkolwiek znaków triumfu armii, która częściej, niż ocalenie Polaków przed biologicznym unicestwieniem, państwu naszemu niosła jednoznaczną zagładę.

ZDAJMY SOBIE SPRAWĘ Z ODDZIAŁYWANIA POMNIKÓW

Przykładem takiego oddziaływania może być wrocławski posąg Oskara Lange. Uwielbiany przez wielką część studentów Uniwersytetu Ekonomicznego, ciepło wspominany przez jego absolwentów, często utożsamiających go z pięknymi latami młodości. A desygnatem mile kojarzącego się pomnika jest przecież agent NKWD, obok Bolesława Geberta najbardziej zasłużony w dziele przekonania rządu i społeczeństwa USA do terytorialnego okrojenia Polski i wepchnięcia naszej ojczyzny w sowiecką strefę wpływów. I tak to, na naszych oczach, rzekomo niewinny element architektoniczny w sercach i umysłach kolejnych generacji kochaną, podziwianą i bliską czyni postać na wskroś nikczemną, dla Polski – złowrogą. Właśnie takie bywają skutki „działalności pomnikowej”. Bierzmy je pod uwagę, kiedy beztrosko zabieramy głos w tak poważnej materii.
Artur Adamski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Name *