Wolni i Solidarni

Premier jakiego jeszcze Polska nie miała – M. Zwiercan

 

MATEUSZ MORAWIECKI – TAKIEGO PREMIERA POLSKA JESZCZE NIE MIAŁA

Trudno dziś znaleźć kogokolwiek, kto w rzeczywistą, czynną, konsekwentną działalność niepodległościową zaangażował się w tak młodym wieku. Jednak wychowany wśród weteranów Armii Krajowej, organizacji Wolność i Niezawisłość i wśród antykomunistycznych opozycjonistów Mateusz Morawiecki wzrastał wśród opowieści o Lwowskich Orlętach i wspomnień wujków i ciotek, w najmłodszym wieku wstępujących do Szarych Szeregów i walczących na barykadach Powstania Warszawskiego. Kiedy więc jego ojciec zaczął szkolić zespoły konspiracyjnych drukarzy i organizować poligrafię drugiego obiegu wydawniczego – miejsce tam znalazł także ledwie dwunastoletni Mateusz. Najpierw w drukarni, zorganizowanej na strychu domu Rolanda Winciorka (mieszkającego w podwrocławskim Wilczynie wujka matki Mateusza – Jadwigi Morawieckiej) suszył kartki wyjmowane z powielacza, które potem składał w gotowe broszury. W sierpniu 1980, kiedy poszukiwany przez SB Kornel Morawiecki ukrywał się, dniami i nocami powielając wezwania do solidarności z robotnikami Wybrzeża, Mateusz na ulicach Wrocławia rozklejał druki swojego ojca. Wielu działaczy dolnośląskiej Solidarności wspomina, że wielka fala strajków południowo – zachodnią Polskę ogarnęła właśnie po tym, jak do rąk tysięcy Dolnoślązaków trafiło specjalne wydanie „Biuletynu Dolnośląskiego”, w którym Kornel Morawiecki zamieścił informacje o wydarzeniach na Wybrzeżu oraz listę postulatów robotników stoczni Trójmiasta. I wielu też pamięta, że to wydanie „Biuletynu” kolportowały przede wszystkim dzieciaki. Tymi dzieciakami byli koledzy dwunastoletniego wówczas Mateusza Morawieckiego. Chyba po raz pierwszy ujawniły się w nim wówczas talenty przywódcze. I chyba po raz pierwszy ten dwunastolatek odegrał niebagatelną rolę w polskiej historii.

Mimo, że nastoletni Mateusz był liderem – nie unikał „czarnej roboty”. W wieku trzynastu lat taką właśnie robotą miewał ręce naprawdę czarne, i to po łokcie, gdyż mając właśnie trzynaście lat nie tylko wyśmienicie drukował na powielaczu czy na ramce, ale też potrafił samodzielnie przygotować wszystkie materiały, niezbędne do uruchomienia skomplikowanej techniki sitodrukowej. Jego rodzice wiedzieli, z jakim to się wiąże ryzykiem. Był ich jedynym synem a zajmująca się taką samą działalnością jego starsza siostra Anna zaznawała już wtedy prześladowań ze strony SB. Morawieccy wiedzieli jednak, że wychowują dzieci nie tylko dla siebie i dla ich własnego szczęścia, ale też dla Polski. I ich model wychowania nie miał w sobie niczego z klimatu cieplarni. Sam Mateusz do dziś ten „chłodny chów domowy” chyba sobie ceni, bo matkę i ojca kocha nad życie. Matkę odwiedza przy każdej możliwej okazji. Parę tygodni temu pani Jadwiga nagle odebrała telefon i usłyszała słowa: „Mamusiu, jestem w okolicy, wpadnę do ciebie!” Jadwiga Morawiecka mieszka we Wrocławiu a „okolicą”, o której mówił jej syn, okazał się być Rzeszów. Nagle jednak w tym Rzeszowie okazało się, że wicepremier ma kilka godzin, w czasie których wieloma sprawami może zająć się bez osobistej obecności, lecz konferując przez telefon. Stąd z „okolicznego Rzeszowa” mógł, z wielkim bukietem róż, „wpaść” na chwilę do swojej matki. W tygodniach, w których ukochanej matki nie jest w stanie odwiedzić, telefonuje do któregoś ze swoich przyjaciół mówiąc: „Słuchaj stary, kup na mój rachunek bukiet róż i zanieś je, w moim imieniu, mojej matce”. Jadwiga Morawiecka wśród wrocławskich niepodległościowych opozycjonistów cieszy się ogromną sympatią i bezgranicznym szacunkiem. Stąd i towarzyszą jej oni bardzo często a ona w tych ludziach, często rówieśnikach jej syna, widzi kogoś tak bliskiego, jak niemal własne dzieci.

W latach po wprowadzeniu stanu wojennego niewiele polskich rodzin przeżyło gehennę podobną do losu Morawieckich. Permanentna inwigilacja, często cotygodniowe rewizje, przetrząsanie mieszkania podczas nieobecności domowników, niszczony samochód (fiacik 126p), w którym zasmarowywano szyby i odkręcano śruby mocujące koła. Mateusz nie miał jeszcze czternastu lat, gdy co chwilę zatrzymywało go SB. W siedzibie komunistycznych siepaczy był zastraszany, szantażowany, lżony. Grożono, że zgwałcą jego młodszą siostrę, i to go przerażało najbardziej. Stokroć bardziej od tego, jak w czasie przesłuchań mierzono do niego z pistoletów. Wielokrotnie został pobity. Najbardziej wstrząsający był dzień, w którym funkcjonariusze SB porwali go, kiedy wracał ze szkoły. W jadącym do lasu samochodzie usłyszał: „teraz albo nam powiesz, gdzie jest twój ojciec, albo żegnasz się z życiem”. Szczęśliwie tym razem też skończyło się na pobiciu, ale do domu nastolatek zdołał dotrzeć dopiero nocą, po pokonaniu na własnych nogach odległości blisko trzydziestu kilometrów. Po tym, jak usłyszał, że „o maturze może zapomnieć”, przed swoim egzaminem dojrzałości ukrył się w szpitalu. Zaprzyjaźnieni lekarze położyli go jako chorego, pod zmienionym nazwiskiem, na jednym z oddziałów i na egzaminy dowozili go karetką pogotowia. Pomimo gróźb esbeków zdał maturę i dostał się na studia. Edukacyjna droga, jaką obierał, nie zawsze była jednak akceptowana przez jego rodziców. Najpierw z ich woli Mateusz trafił do szkoły muzycznej, w której przez kilka lat uczył się grać na fortepianie. Sam jednak podjął decyzję rezygnacji z kariery pianistycznej. Jako szkołę średnią wybrał „zwykłe” IX Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego. W tym czasie trenerzy zachęcali go do skupienia się na sporcie, gdyż młody Morawiecki był genialnym, niepokonanym ping-pongistą. Miał szanse na najwyższe laury. Zrezygnował jednak z możliwości dołączenia do kadry narodowej tenisa stołowego. Miał w życiu inne cele, choć… wówczas nie aż tak znowu ambitne. W 1987 roku, znów ku niezadowoleniu matki i ukrywającego się ojca, wybrał studia historyczne. Powtarzał, że nie jest pewne, kiedy się skończy PRL, w którym on na żadne kompromisy nie pójdzie, żadnej kariery robił nie będzie, więc chce zostać po prostu dobrym nauczycielem historii. A ojciec, fizyk teoretyczny i nauczyciel akademicki, od dawna wiedział, że Mateusz ma bardzo ścisły umysł. Od najmłodszych lat zaskakiwał zdolnością analitycznego myślenia i umiejętnością błyskawicznego dokonywania skomplikowanych obliczeń. Świetny szachista, jakim zawsze był Kornel Morawiecki, do dziesięcioletniego syna powiedział kiedyś: „jeśli wygrasz ze mną w szachy – kupię ci konia”. Pół godziny później bezbrzeżnie zdumiony doktor fizyki wpatrywał się w szachownicę, na której jego dziesięcioletni syn właśnie, po raz pierwszy, zadał mu mata! „Nie przejmuj się tatusiu, na tego konika mogę cierpliwie poczekać”. Mateusz żartuje czasem, że cierpliwie na obiecaną nagrodę czeka do dziś.

Kiedy Mateusz kończył studia sytuacja w Polsce zaczęła się gwałtownie zmieniać. Znów był na pierwszej linii walczących – na strajku okupacyjnym na Uniwersytecie Wrocławskim, na demonstracjach, na których obrywał pałkami. W konspiracji redagował i drukował pismo, kilka lat wcześniej założone przez jego ojca. W jawnym życiu publicznym zakładał Klub Myśli Politycznej „Wolni i Solidarni”. Od razu korzystał z wolności gospodarczej, zakładając z przyjaciółmi spółkę, wydającą foldery reklamowe oraz gazetę. Ledwie został magistrem historii, rozpoczął studia MBA na Akademii Ekonomicznej. Wygrał stypendium na uniwersytecie w Hamburgu i, ze słabą jeszcze znajomością niemieckiego, znalazł się w RFN. Rodzice nie byli mu w stanie pomóc, więc utrzymywał się z pracy fizycznej. Równocześnie robił błyskawiczne postępy w angielskim i niemieckim. Najlepszą w Niemczech szkołę bankową ukończył z lokatą, otwierającą drzwi do bezpłatnego studiowania na uczelni, którą w swojej edukacji uważa za najważniejszą – Uniwersytetu w Bazylei. Jako potrójny magister i jeden z dwóch najlepszych absolwentów najlepszego uniwersytetu Szwajcarii otrzymał propozycję pracy w USA za pieniądze z ówczesnej polskiej perspektywie wprost niewyobrażalne. Pytany o radę ojciec odparł tylko „a czy to będzie najlepsze z tego, co mógłbyś zrobić dla Polski?” Zamiast wielkich pieniędzy w USA Mateusz wybrał więc  zdobywanie doświadczeń w Deutsche Bundesbank i w pracy naukowej na uniwersytecie we Frankfurcie. Przywiózł stamtąd moc praktycznej wiedzy, które streszczał mówiąc: „mają tam możliwości, o jakich długo będziemy mogli tylko pomarzyć, ale intelektualnie nie mają niczego, czego każdy z nas nie potrafiłby, w bardzo krótkim czasie, się nauczyć”. Uczył się jednak dalej – na uniwersytetach amerykańskich, z setek pochłanianych książek, z kontaktów z przedsiębiorcami z wielu krajów. Coraz bardziej jednak był znów obecny w swojej ojczyźnie. Pomimo niesprzyjającego otoczenia piął się po kolejnych szczeblach Banku Zachodniego. W realiach korporacji, opanowanej przez postkomunistyczną nomenklaturę, jego możliwości były ograniczone. Wkrótce jednak bank kupili inwestorzy z Irlandii. Ich nie obchodziła przynależność partyjna. Chcieli mieć w Polsce prezesa banku o najwyższych kompetencjach, więc zorganizowali konkurs, który Mateusz Morawiecki „wygrał w cuglach”. „Po drodze” został jeszcze honorowym ambasadorem Irlandii w Polsce, członkiem kilku rad nadzorczych, współautorem pierwszego w Polsce podręcznika prawa europejskiego, radnym Sejmiku Dolnośląskiego a w Komitecie Integracji Europejskiej kierował negocjacjami z zakresu bankowości i finansów.

Tymczasem krótko po objęciu przez Morawieckiego sterów Banku Zachodniego WBK uderzył w Polskę nieprzewidywany przez nikogo wielki kryzys. Bankrutowały kolejne instytucje finansowe a wszyscy masowo zwalniali pracowników. Tylko Morawiecki w tych czasach zaproponował inną drogę. Zaczął od siebie, zmniejszając własne wynagrodzenie o 50% i to samo zaproponował innym członkom Zarządu. Zamiast zwolnień zaproponował, by każdy pracownik wziął w ciągu roku osiem dni bezpłatnego urlopu. Plan okazał się skuteczny – ludzie zarobili nieco mniej, ale mieli dłuższe wakacje. I nikt nie stracił pracy a kiedy kryzys zaczął ustępować – to Bank Zachodni miał najsilniejsze kadry, które jako pierwsze zaczęły wykorzystywać poprawiającą się koniunkturę. Kierowany przez Morawieckiego bank z pozycji lokalnego gracza, plasującego się w ogonie pierwszej dziesiątki – stał się trzecim największym bankiem w Polsce. Dokonywał kolejnych fuzji i przejęć, skutkiem których powiększył się także w nim udział polskiego kapitału. Morawiecki powtarzał: „konsolidujmy silne firmy, bo słabe potężne siły obcego kapitału pozjadają po kolei, jak na przystawkę. A zjednoczeni – możemy grać w pierwszej lidze europejskiej gospodarki, harcować na obcym terenie i robić to, co inni robią nam. Czyli – podkupywać co cenniejsze kawałki firm zagranicznych”. Tego już jednak mógł dokonywać jako wicepremier i minister finansów, który już ma miejsce w historii polskiej gospodarki jako ten, który doprowadził do sytuacji, w której polski sektor bankowy znów jest w większości w polskich rękach.

Kiedy Mateusz Morawiecki odchodził ze stanowiska Banku Zachodniego WBK wielu ludzi kultury i całe mnóstwo działaczy społecznych powtarzało, że za jego prezesury to właśnie kierowana przez niego firma była prawdziwym polskim Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Fundacjami, należącymi do dorobku BZ WBK z tego czasu, są nie tylko filmy takie, jak „Czarny czwartek” czy „1920. Bitwa Warszawska”. To dziesiątki dofinansowanych filmów dokumentalnych, książek, spektakli teatralnych, pomników, koncertów, naukowych konferencji, prac rekonstrukcyjnych, internetowych portali, wystaw czy oddolnych inicjatyw wydawniczych. Pracownicy BZ WBK żegnali Morawieckiego jako tego, który nie zwalniał wtedy, kiedy zwalniali wszyscy. A także jako tego, który zarządził dłuższe od ustawowych, płatne urlopy macierzyńskie oraz liczne udogodnienia dla pracowników wychowujących dzieci. Wielu było zdumionych tym, że  Morawiecki nie przyjął kolejnych propozycji od swych nowych hiszpańskich pracodawców, proponujących mu lukratywne stanowiska na samych szczytach jednej z największych korporacji bankowych świata. Kto jednak zna Mateusza Morawieckiego ten wie, że nie luksusy, nie pieniądze ani nie zaszczyty są dla niego ważne. Polska, służba ojczyźnie, oddanie jej wszystkich swoich sił i talentów – to jest tym, co dla niego najważniejsze. A osobiste szczęście znajduje po prostu w domu z ukochaną żoną i czwórką wspaniałych dzieci. Dzieci wychowywanych tak, jak wychowali go jego rodzice. Wprawdzie ani Olgi ani Jeremiasza Mateusz Morawiecki nie uczył już, jak powielać ulotki, ale na wakacje wysyłał do asystowania przy pracach prof. Szwagrzyka na warszawskiej Łączce, do polskich enklaw na syberyjskim Kraju Ałtajskim albo do porządkowania polskich cmentarzy w okolicach Mińska, Kobrynia czy Grodna.

Wielu z zaskoczeniem przyjmuje wiadomość, że ten szczupły, energiczny i tak młodo wyglądający człowiek ma już 49 lat. Za jeszcze bardziej zaskakujące przyjmują wiadomości o jego życiorysie, którym można by wypełnić kilka bardzo długich, bogatych i obszernych biografii. A mi trudno sobie wyobrazić kogokolwiek, kto jako premier mógłby wnosić do swego urzędu równie wiele doświadczeń, wiedzy, kompetencji i przede wszystkim – szczerej, aktywnej, zawsze na konkrety się przekładającej miłości do Polski i Polaków.
Małgorzata Zwiercan

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Name *